SWI Drawa

SWI Drawa 2002 - 7

Listopad 2001

Pochmurne popołudnie w Drawieńskim Parku Narodowym.
– Tak . Tu się odbędzie czerwcowe SWI – skomentował Waldek pojawiający się za drzewami budynek. Na początku nikt nie odpowiadał. Wszyscy z nosami przy szybie oglądaliśmy tę oazę cywilizacji na “pustyni” drawieńskich lasów. Leśniczówka “Zacisze”. Prosty ceglany budynek i drugi nieco niższy stojący z boku. Wysiadamy z samochodu. Bogdan powitał nas z otwartymi rękami. Choć nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, jakaś nić sympatii została nawiązana między nami. Psy wesoło merdając ogonem, również powitały nas jak starych znajomych.
– To raj na ziemi – pierwsza myśl przemknęła mi przez głowę. – Przyjechać tu w czerwcu, ciepło, przyjemnie, towarzysko. Nieopodal przepływa przepiękna Drawa, muszę być na tym SWI … muszę.

Czerwiec 2002

Tym razem nie miałem wątpliwości. Będę nad Drawą. Listopadowe wspomnienia z nad tej rzeki pozostawiły w mym umyśle głęboką rysę, którą mógł wypełnić tylko kolejny pobyt nad tą przepiękną rzeką. Wyjeżdżamy z Wrocławia w trójkę. Ja, Tomek i jego żona Ania, moja Ania tym razem nie pojechała … no cóż nie wszystko można pogodzić. Podróż upływa dość spokojnie. Tomek zgubił swoje prawo jazdy, więc Ania prowadzi całą drogę. Ja z Tomkiem robimy za przewodników. Niestety jak mówi ludowe porzekadło, gdzie kucharek sześć i dwóch pilotów, tam …trzeba zawracać i gwałtownie hamować. Ania trochę na nas psioczyła, ale dowiozła nas na miejsce całych i zdrowych. A tam wita nas prawie pełny skład. Gospodarze mówią co i jak, przydzielają miejsca do spania i pouczają odnośnie zeszytu. Ha ! Zeszyt pytacie ? W zeszycie, każdy miał swoją rubryczkę i jeśli organizm jego potrzebował wsparcia ze strony trunków małowoltażowych, to musiał wstawić sobie kreseczkę i poczęstować się takowym. Zasiadając do ogniska postawiliśmy sobie od razu po dwie kreski, co by za często nie biegać do piwnicy. Do przedniego piwa Tyskiego lub Żywca, jak kto wolał, podano równie przednie szaszłyczki. Dobre jedzonko, napoje i przy ognisku jest wesoło. Atmosfera podsycana jest opowiadaniami tych, co przyjechali wcześniej i zdążyli być nad wodą. Prawdziwy urok naszych wędkarskich spotkań, potrafią oddać tylko takie chwile. Na omawianiu wędkarskich sukcesów i porażek, życiowych problemów i innych takich czas do świtu upływa nam miło. Kiedy na horyzoncie, pojawiają się pierwsze promienie słoneczne, poddaję się i idę spać. Jutro przecież na ryby.

TUUUUUTUTUTU…co się dzieje…gdzie ja jestem … Myśli krążą po głowie z prędkością ponaddźwiękową, ale żadna nie zatrzymuje się na tyle długo bym mógł się jej uchwycić. Zresztą trudno się dziwić. Jest szósta rano i przed chwilą się położyłem. Właściwie do końca nie było wiadomo, kto latał o tej godzinie po kwaterze z trąbką myśliwską. Wiadomo za to, że obudził się każdy. I ten kto chciał i ten kto nie chciał. Obudzić się jednak nie znaczy wstać. Po wczorajszych biesiadach nikomu nie kwapiło się do porannych wojaży nad rzekę. Osobiście zwlokłem się z łóżka koło 8.00. Śniadanko, powitanie nowo przybyłych i pokaz wędek. Organizujemy krótki kurs wrzutu do stodoły, w którym bezapelacyjnie wygrał Michał. Następnie podziwiamy Jędzę w stroju bojowym, gotową do walki z lipieniami. W końcu zbieramy się i wyruszamy nad wodę. Na początek jedziemy z Tomkiem na “Wydrzy Głaz” Przepiękne bystrza zapowiadają ciekawą zabawę. Ja mucha, Tomek spinning. Zaczynam od nimfy, ale poza kilkoma delikatnymi puknięciami nic się nie dzieje. Zmieniam zestaw na suchą muchę i od razu zaliczam dwa wyjścia. Niestety lipień był sprytniejszy i został w wodzie. Tomek widział ładna rybę, która odprowadziła mu przynętę, ale na tym skończył się ten romans.

Wracamy na kwaterę trochę zawiedzieni. Przepyszny obiad poprawia nam jednak humory. Powoli wracają też inni i jak słyszymy ryby były. Ania dokopała starym wyjadaczom, pokazując, że równie dobrze radzi sobie z muchówką jak i z glizdą (ciekawe na co naprawdę łowiła). Radek złowił lipienia na 40 cm, ale jedyną rybę przyniósł Jarek. Fachowcy od razu się zajęli lipieniem i powstał z niego przepyszny tatar w dwóch wersjach. Dla wszystkich i dla Dari. Wyciąganie cebulki z tatara sprawiło pewnie chłopakom trochę trudności, ale się opłaciło. Daria dwa razy brała dokładkę.

Na popołudniową turę Waldek obiecał wywieźć nas na tajną miejscówkę. Oczywiście zgadzamy się z entuzjazmem. Po krótkiej podróży wysadza nas w środku lasu i wskazując kierunek ręką mówi “Tam jest rzeka”. Następnie zawraca i zostajemy sami w środku lasu z wędkami w dłoniach. Dobrze, że to nie wrzesień i nie natkniemy się na grzybiarzy…mieliby niezły ubaw. Gdyby Waldek chciał nam zrobić dowcip, to by mu się udało, ale rzeka na szczęście była tam, gdzie miała być. Jednak popołudniowa tura też nie okazała się dla mnie nazbyt szczęśliwa. Owszem złowiłem ryby, ale wszystko to wręcz narybek lipienia do 20 cm. Inni mieli więcej szczęścia. Tomek na przykład zaliczył lipienia 32 cm na obrotówkę. Porażka wędkarska jednak w ogóle mnie nie zraziła. Wracamy na kwaterę, a tam wszyscy wręcz pokładają się ze śmiechu. Okazało się, że Jędza w porannej turze zbyt dosłownie potraktowała tabliczkę punkt czerpania wody i nabrała trochę do neoprenów.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Ot taka szkoła dla początkującego muszkarza a właściwie muszkarki. Jednak popołudniowa tura przyniosła nowe wyzwania. Skoro już wiedziała, że woda jest mokra postanowiła chyba przekonać się jak bardzo. Pod pozorem wyciągnięcia menażki z dna, Ania zanurkowała, sprytnie chowając się pod powierzchnią wody razem z głową. Co więcej. Zrobiła to pozując przed obiektywem Andrzeja. Komentarzom nie było końca. Od stwierdzenia, że nie może oderwać się od korzeni i jeśli nie łowi na spławik, to chociaż chce go imitować, aż po piękne porównanie do …dolnej nimfy.

O dziwo nikt nad ranem nie trąbi. Chyba Daria, słysząc nasze narzekania z poprzedniego dnia, postanowiła ukryć narzędzie zbrodni, jakim była ta okropna trąbka myśliwska… To znaczy wyglądała bardzo ładnie. Nie dajmy się jednak zwieść powierzchowności przedmiotu. Dźwięk wydawany przez nią obudziłby umarłego. Dziś dość szybko lądujemy nad wodą, bo wiadomo, że czasu już mało i niedługo trzeba będzie wracać. Choć Drawa to przepiękna rzeka mi znów się nie poszczęściło. Ryba wyraźnie żerowała. Padło kilka lipieni w okolicach 35 cm i piękny kardynał Tomka na 39 cm. Na dodatek złowił go na obrotówkę. To mnie pogrążyło. Dawid złowił zaś, również na spinning, wypasionego potoka na 36cm. Zdjęcia ryb jak i ine atrakcyjne fotki (dolna nimfa itp) będziecie na pewno mogli niedługo obejrzeć w przygotowywanej przez Grzylka obszernej relacji. Zresztą sprawdźcie sami, czy już jest wystarczy kliknąć.

Nadszedł w końcu moment rozstania. Pakujemy się do samochodu i staramy się zebrać wszystkich do grupowego zdjęcia. Niestety brakuje nam Waldka, Andrzeja i Bogdana, jeszcze nie wrócili z ryb. Za to reszta towarzystwa powoli chce rozjeżdżać się do domów, więc z żalem jesteśmy zmuszeni zrobić sobie zdjęcie grupowe bez głównego organizatora i bez prezesa… co to za zdjęcie grupowe. Potem wsiadamy w auto i jazda do domu. Po drodze oczywiście kilka razy mamy z Tomkiem rozbieżne opinie, co do kierunku skrętu. Ania jednak znosi to dzielnie. Zatrzymujemy się jeszcze po drodze w Nowym Tomyślu, by sfotografować największy na świecie kosz wiklinowy.

Tak kończy się moja przygoda nad Drawą. Jak każde spotkanie ze znajomymi nad wodą było bardzo udane. Poznałem wielu nowych ludzi. Zrobiłem kilka fajnych zdjęć. Odpocząłem i naładowałem się pozytywnie na kolejny czas spędzony w szarych murach miast, wśród goniących nie wiadomo za czym ludzi. Kiedy znów pojadę nad wodę… odpocznę od tego.

Say Something