Spotkanie nad Słupią

Kwietniowa Słupia 14

Plany, plany, plany. Marzec miał być dla mnie miesiącem wędkarskich przygód. Roztoczańskie pstrągi śniły mi się po nocach na przemian z potężnymi łososiami. Niestety życie zweryfikowało dość brutalnie moje zapędy. Gdy po raz pierwszy usłyszałem o organizowanym przez Andrzeja Graczykowskiego spotkaniu nad Słupią, byłem pełen entuzjazmu, ale i obaw. Niestety te drugie ziściły się już w czwartek, czyli w planowanym dniu wyjazdu.

Wyjazd

Urlop szlag trafił i na dodatek dopadła mnie choroba. W piątek przy pracy bardziej się wkurzałem, że nie jestem nad Słupią niż skupiałem na robocie. Dobiegała osiemnasta a ja wciąż nie wiedziałem na czym stoję. Powoli zacząłem zastanawiać się czy w ogóle jechać, ale błagalny głos Grzylka w słuchawce “..ale jedziemy ?” , rozwiał moje wątpliwości. O 20.00 wychodzę z roboty, po drodze zabieram Grzylka i jedziemy się pakować. W końcu nastała godzina zero a raczej dwudziesta druga zero zero – ruszamy w trasę.

Kwietniowa Słupia 2

Przyjazd

Podróż upływa nam przyjemnie na wędkarskich opowieściach i nie tylko. W końcu jesteśmy na miejscu. Zegarki wskazują czwartą rano, więc trochę za wcześnie, aby już wyjść nad wodę. Drzwi otwiera nam zaspany Paweł Deska. Reszta brygady, czyli Andrzej Graczykowski i Piotr Antkowiak słodko śpią. Na nic się zdają usilne próby dobudzenia jegomości. Po krótkim powitaniu z powrotem wpadają w objęcia Morfeusza z obietnicą, że wstaną za godzinę i nas obudzą. Kładziemy się więc z Grzylkiem do łóżek – osobnych 🙂 i właściwie od ręki zasypiamy.

Łowy pierwsze

Pobudka jest dla nas jak kubeł zimnej wody, tym bardziej że nie o 5.30 jak miało być tylko o 8.30. tak już to bywa, gdy się większa grupa ludzi zbierze nad wodą. Po krótkim śniadaniu jedziemy na zakupy i w końcu upragniona Słupia. Zaczynamy w Wodnicy. Na pierwszy rzut idzie mucha. Obławiamy z Grzylkiem co ciekawsze zakręty poniżej kładki ale bez efektów. W tym samym czasie chłopaki w poszerzonym składzie o Tomka z Słupska łowią kilka smoltów na spinning. Nie są to bynajmniej ryby po jakie przyjechaliśmy, więc pakujemy się i jedziemy wyżej w okolice Bydlina. Jesteśmy z Grzylkiem trochę wcześniej, gdyż chłopaki stanęli po drodze coś zjeść. My również wyciągamy kanapki i termos z gorącą herbatą. Jest przepięknie, siedzimy jemy kanapki i pijemy herbatkę po chwili dojeżdża reszta brygady, chwytamy wędki i do boju.

W pierwszej kolejności podziwiamy dwuręczną muchówkę Piotra. Odbywa się nawet mały konkurs rzutów. Paweł zabiera nas na stuprocentową miejscówkę. Wie, że jak nic nie złowimy to czeka go kąpiel, więc powoli zdradza nam wszystkie tajniki poławiania troci.
Niestety nauka na nic się nie przydała. Wszyscy schodzą o kiju. Po drodze odbywa się jeszcze jeden konkurs rzutów muchówką połączony z szkołą rzucania prowadzoną przez Grzylka. Wracamy do samochodów i tam witamy się z Sobim i Dryckiem, którzy właśnie dojechali. Po chwili jedziemy na zaplanowane ognisko. Po drodze niestety urywamy rurę wydechową, więc mamy przymusową przerwę. Szczęście w nieszczęściu zdarza się to dokładnie naprzeciwko mechanika. Podwiązuje nam rurę do podwozia i umawiamy się na poniedziałek, już wiem, że zostaniemy dzień dłużej.

Wieczór

Na miejscu już wszystko gotowe. Drzewo ułożone w sporej wielkości kopczyk, tylko czeka na podpalenie. Na pierwszy rzut idą kiełbaski. Wyżerka jak się patrzy, do tego piwko i nie tylko. Humor wszystkim dopisuje.

 

Kiedy atrakcja wieczoru, czyli grzaniec, jest gotowa, ja powoli już też. Choroba, trudy podróży robią swoje, więc po pierwszym kubku grzańca zapadam w stan ogólnie uznany jako niepożądany na tego typu imprezach. Słodko śpię na ławeczce przy ognisku a chłopaki w tym czasie opróżniają garnek i robią mi kilka fotek, zapewne już niedługo będzie można je obejrzeć na stronie Grzylka. (sprawdź czy już jest) W końcu wszyscy kładziemy się do łóżek. Przecież jutro trzeba wcześnie wstać na ryby.

Łowy drugie

Jak przystało na świąteczny dzień, zrywamy się bladym świtem koło 10.00. Dzielimy się na trzy grupy. Sobi z Dryckiem jadą za trocią podobnie jak Andrzej z Tomkiem. Ja Grzylek, Paweł i Piotr jedziemy na górną Wieprze. Do wyboru mamy miejscówkę zadeptaną ale z dobrym dojazdem i mniej uczęszczana ale trzeba dojść do rzeki 500 metrów przez las. Oczywiście wybieramy tą drugą.

Po 10 minutach marszu przez zarośla i bagniska Julek optymistycznie oznajmia, że
jeszcze tylko …300 metrów…nie wiedzieliśmy, że tu na Pomorzu metr to nie to co metr gdzie indziej. Jednak kiedy ujrzeliśmy rzekę zmęczenie minęło jak ręką odjął. Poczuliśmy, że warto było. Piotr od razu schodzi z skarpy i rozpoczyna łowienie. Grzylek raczy się Lordem Vaderem (taki przydomek dostały jego mocna papierosy, gdyż oddech po nich jest ciężki niczym oddech Lorda Vadera z Gwiezdnych Wojen) a my z Pawłem zbroimy wędki. Nie minęły dwie minuty a Piotr już nam melduje o pierwszym wyjściu. Ryba się nie zapina, ale emocje są. Schodzimy nad wodę i rozpoczynamy łowienie. Rzeka prawie cały czas płynie lasami, gdzieniegdzie wypływa na podmokłe łąki. Zmieniam streamera za streamerem, czasem dowieszę nimfkę, ale nic się nie dzieje. Niestety po zimie pstrągi chyba jeszcze nie dojrzały do uganiania się za muchami. Nieśmiało pokazywały się do wahadłówki Pawła, ale w sumie nie złowiliśmy nic. Rzeka jednak była tak piękna, że wynagrodziła nam brak ryb własna urodą. Na pewno tam jeszcze wrócę.

 

Wracamy na kwaterę, gdzie spotykamy się z Andrzejem. Dla niego, Pawła Piotra to już koniec łowienia. Sobi z Dryckiem już skończyli i pojechali do domu. Tym razem nie udało się nikomu złowić troci, ale przecież nie zawsze jest pierwszy maja. Jako, że musimy z Grzylkiem zostać na poniedziałek, postanawiamy niedzielne popołudnie spędzić nad morzem. Odwozimy Pawła do Ustki a sami lądujemy na plaży. Kilka fotek i spacer na molo. Potem rybka – niebo w gębie, i deser. Na koniec wracamy nad molo podziwiać zachód słońca. Dawno nie widziałem tak pięknego. Ten wieczór nie trwał długo. Zmęczeni przeżyciami zasypiamy z silnym postanowieniem pobudki przed świtem.

Nasz ostatni dzień

4.30 świat za oknami śpi a my wstajemy. Jak nigdy. Jedziemy do Kwakowa, gdyż tam Tomek miał wczoraj wyjście. Nad wodą wita nas świt… dla takich chwil warto żyć. Łowimy poniżej mostu. Często zmieniam przynęty mając nadzieję, że to coś da. Grzylek zauważył spław i już do końca obławia ta miejscówkę. Ja nie mam tyle szczęścia i schodzę dużo niżej. Rzeka jest tu przepiękna. Mniejsza niż w Bydlinie. Lawiruje w krzakach skrzętnie kryjąc swoje skarby. Trotki odmawiają nam współpracy i koło 10 wracamy z markotnymi minami na kwaterę. Odstawiam auto do mechanika a sami pakujemy się i gotujemy obiad. Kiełbaska w cebulce. Słoneczko pięknie świeci, więc wystawiamy stół na zewnątrz. Miód malina jak to się mówi. W końcu nadchodzi czas wyjazdu. Postanawiamy po drodze zatrzymać się jeszcze gdzieś na rybki. Na pierwszy ogień idzie górna Słupia w okolicy ujścia Kamienicy. Pięknie tutaj jak i na innych pomorskich rzeczkach ale rybki po zimie jeszcze śpią. Na końcu lądujemy nad Wdą. Znam ten odcinek z wcześniejszych wypraw. Grzylek pozostaje wierny streamerowi, ja biorę do ręki spinning. Przyzwyczajeni do porażek w ogóle nie narzekamy na brak brań. Do mnie jednak uśmiechnęło się szczęście. Z ładnego miejsca na małą wahadłówkę wyjmuję pstrąga całe 28 cm. Pięknie wybarwiony i dość gruby jak na tą porę roku. Chcę mu zrobić fotkę, ale postanawiam jednak go nie męczyć i od razu wypuszczam. Robię za to pożegnalne zdjęcie rzeki.

Do domu

Podróż zajmuje nam sporo czasu. Zmęczenie daje o sobie znać w końcu od świtu jesteśmy na nogach. Koło pierwszej w nocy kończy się nasza Słupska wyprawa pod akademikiem Grzylka. Co by nie mówić o tym wyjeździe na pewno można powiedzieć, że był udany. Widziałem sporo nowych pięknych miejsc nad wodą i nie tylko. Poznałem nowych ludzi – z Piotrem widziałem się pierwszy raz. Odkryłem skuteczność wahadłówki na pstrągi i piłem doskonałego grzańca z ogniska. Widziałem przepiękny zachód słońca, jadłem przepyszną rybę nad morzem. Jednym słowem same przyjemności. Bez wątpienia złowienie troci byłoby przypieczętowaniem wspaniale spędzonego czasu, ale należy pamiętać, że ryby nie zawsze są najważniejsze. Dla mnie największy urok ma sam wyjazd i wszystko z nim związane jeśli cos złapię to super jeśli nie zawsze będzie następny raz .

Say Something