Pamięci Waldka Kality

Spotkamy się kiedyś u studni, w koło będzie zielono.

Tak zaczyna się jeden z wierszy Adama Ziemianina i jednocześnie piosenka w wykonaniu Starego Dobrego Małżeństwa. Hmm.. Waldek miał co prawda swoje zdanie na temat instytucji jaką jest małżeństwo, ale co tam. Wers ten świetnie nadaje się na epitafium dla Waldka… oczywiście po drobnej zmianie… spotkamy się kiedyś pod Wiatką

Waldka poznałem wiele lat temu, oczywiście z pomocą dobra jakim jest Internet. Pogaduszki na RO doprowadziły do pomysłu zorganizowania wspólnego wyjazdu do Szwecji. Od pomysłu do realizacji prosta droga i w czerwcu 2001 po raz pierwszy mam przyjemność odwiedzić Mostniki oraz wpaść w przepastne objęcia Jegoszerokości. Wyjazd był arcyciekawy choć wędkarsko średnio udany. Była jednak historia, którą chciałbym przypomnieć. Jeden dzień z tego wyjazdu.

14.06.2001

Dzień rozpoczynamy od wizyty w sklepie wędkarskim, uzupełniamy zapasy głównie w wahadłówki. Następnie jedziemy pooglądać wlot rzeki wypływającej z jeziora Rengen do naszego jeziora Valsjon. Rzeka wpada wodospadem, praktycznie bezpośrednio do jeziora. Widok niesamowity. Oczywiście robimy kilka fotek, a Jurek bierze wędkę i w trzech rzutach zalicza dwa brania. Niestety pstrąg był wredny i odpiął się parę metrów od brzegu. Napawa nas to jednak optymizmem, pakujemy manele i lecimy na ryby. Tym razem zaliczamy jeziorka na zachód od naszej kwatery. Jurek z Bartkiem wybierają większe jezioro Sausjon, a ja z Waldkiem idziemy z zamiarem obłowienia kilku mniejszych połączonych jakimś strumieniem. Pierwszy szok, to bagnisty charakter nadbrzeża. Jakoś jednak dochodzę do wody i wykonuję rzut. Moje zdziwienie nie ma końca. To jezioro jest płytkie. Wcześniejsze miejscówki to przynajmniej po 4 do 6 metrów a często i głębiej, a tu może z 1,5 metra. Kolejne rzuty potwierdzają, że chyba nie ma tu czego szukać…w mojej opinii oczywiście. Już ma się wycofywać, ale widzę, że zbliża się Waldek. Myślę sobie – dobra to jeszcze chwilę porzucamy. Informuję Waldka o podmokłym brzegu i o tym, że jest płytko. Waldka to jednak nie przeraża. Z pełnym profesjonalizmem ściąga plecak i podchodzi do brzegu. W każdym jego ruchu widać rutynę i wręcz niewiarygodną wprawę. Z pod przymkniętych powiek lustruje jezioro i już widzę, że coś się święci. Odpina blachę i wprawnym ruchem umieszcza ją w wodzie jakieś dwadzieścia pięć i pół metra od brzegu, 15 stopni na południowy zachód. Na uwagę zwraca też fakt precyzyjnego wykorzystania wiatru, który zamiast jak to zwykle bywa przeszkadzać wręcz wspomógł lot blachy, aby mogła upaść dokładnie w tym miejscu co powinna. Waldek zapina kabłąk i tak jak to przewidział wykonuje dwa obroty korbką i zdecydowanym ruchem zacina. Pstrąg z wściekłością wali o wodę raz ogonem, raz głową, ale chyba już wie, że z Mistrzem nie ma żartów. Zanim doszedłem ryba była już na brzegu. Jedyne co mi pozostało, to uwiecznić ją na zdjęciu. Piękny pstrąg na 57 cm. Radość oczywiście nas ogarnęła, bo wreszcie poczuliśmy się jak w dzikiej Szwecji pełnej ryb. Oczami wyobraźni widzieliśmy już nasze trofea z tego niepozornego jeziorka. Niestety, jak się okazało, ryby łowią tylko najlepsi. Waldek do końca odpoczywał po tym kabanie tylko od czasu do czasu wykonując rzuty, pewnie tylko dlatego, żeby mi już całkiem głupio nie było. Ja musiałem zadowolić się kilkunastoma okoniami, które pewnie waliły w wahadłówkę z opadu, ale ich wielkość pozostawiała wiele do życzenia. Tego dnia została stworzona nowa teoria, która mówiła, że ryby lepiej będą brały w małych jeziorkach, bo tam się woda szybciej nagrzewa. Niestety pomimo obłowienia tego wieczoru jeszcze kilku małych jeziorek nic już więcej nie złowiliśmy. Atrakcją tego dnia była audycja, w miejscowym radiu, w której podano, że kilku wariatów z Polski łowi ryby w Valsjobyn. Nie rozumieliśmy oczywiście wszystkiego, ale jestem pewny, że musieli długo tłumaczyć miejscowym Szwedom gdzie jest ta Polska, gdyż jak twierdził Szwed, który nam sprzedawał licencje byliśmy tam pierwszymi Polakami.

Ech działo się działo na tym wyjeździe. Jednak oprócz urokliwej Szwecji również Mostniki pozostawiły na mnie niesamowite wrażenie. Na tyle silne, że jeszcze tego samego roku ląduję w listopadzie nad Drawą. Jest naprawdę wspaniale. Wiatka po raz drugi wyryła się w mej pamięci jako miejsce, gdzie czas płynie inaczej, problemy same się rozwiązują, zawsze płonie ognisko i nigdy nie brakuje alkoholu. Tak Wiatka jest naprawdę niesamowitym miejscem… podobnie zresztą jak jej Właściciel.

Już w 2002 roku w czerwcu ponownie jedziemy nad Drawą. Tym razem jest to SWI organizowane w leśniczówce. Przepiękne miejsce w środku lasu. Oczywiście wszyscy pamiętają z tego SWI naszą kochaną Jędzunię, która stawiając pierwsze kroki w wędkarstwie muchowym a to upodabniał się do dolnej nimfy by za chwilę pozować do zdjęcia z a fu … glizdą na końcu zestawu. A czy to pamiętacie ?

TUUUUUTUTUTU…co się dzieje…gdzie ja jestem … Myśli krążą po głowie z prędkością ponaddźwiękową, ale żadna nie zatrzymuje się na tyle długo bym mógł się jej uchwycić. Zresztą trudno się dziwić. Jest szósta rano i przed chwilą się położyłem. Właściwie do końca nie było wiadomo, kto latał o tej godzinie po kwaterze z trąbką myśliwską. Wiadomo za to, że obudził się każdy. I ten kto chciał i ten kto nie chciał. Obudzić się jednak nie znaczy wstać. Po wczorajszych biesiadach nikomu nie kwapiło się do porannych wojaży nad rzekę.

Myśleliśmy z początku że to Daria, ale Grzylek kiedyś mi wyjawił, że to właśnie Waldek zrobił nam tą pamiętną pobudkę, ech miał on nieraz wystrzałowe pomysły.

Na popołudniową turę Waldek obiecał wywieźć nas na tajną miejscówkę. Oczywiście zgadzamy się z entuzjazmem. Po krótkiej podróży wysadza nas w środku lasu i wskazując kierunek ręką mówi “Tam jest rzeka”. Następnie zawraca i zostajemy sami w środku lasu z wędkami w dłoniach. Dobrze, że to nie wrzesień i nie natkniemy się na grzybiarzy…mieliby niezły ubaw. Gdyby Waldek chciał nam zrobić dowcip, to by mu się udało, ale rzeka na szczęście była tam, gdzie miała być.

Hmm. Tutaj gdyby poniosła go fantazja, to naprawdę mielibyśmy się z pyszna.

2003 rok to kolejna moja wizyta nad Drawą. Ta była trochę nie zaplanowana, ale jak zwykle udana. Miałem w samotności przemierzać szlaki Dobrzycy i Piławy, ale że całkiem przecież niedaleko trwało właśnie nieformalne spotkanie KWI, postanowiłem zmienić swoje plany.

Kiedy wylądowałem już w Starej Łubiance i zaspokoiłem pierwsze pragnienie okazało się, że za dosłownie kilka minut mam autobus do Wałcza.. Hmm.. spodziewałem się, że z Wałcza bez problemu dostanę się do Starego Osieczna a stamtąd do Waldka to już rzut beretem. Jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że nie mam żadnego sensownego połączenia z Wałcza.. zdesperowany zadzwoniłem do Walka dowiedzieć się jak to daleko. Waldek od razu się ucieszył i wysłał po mnie Grzylka. Zostało wiec przesądzone. Jadę nad Drawę.

A nad Drawa jak to nad Drawą. Przepięknie.

Miało być całkiem spore spotkanie a okazało się, że pierwszego dnia było ich tylko sześciu Waldek, Grzylek i cztery litry spirytusu. W sobotę dojechałem ja i Bodek oraz gościnie wpadł do nas wieczorem pod wiatkę Tomek z dziewczyną. Nie ma się co rozpisywać. Kto choć raz był nad Drawa wie jak tam uroczo. Kto choć raz był u Waldka zrozumie dlaczego lubię tam jeździć(…).

Powrót

Krople wody opadają na bezbronne źdźbła trawy,
I choć to smutne, to prawda właśnie w tym tkwi,
Kto ucieka, ten musi w końcu wszystko zostawić,
Wrócić tam gdzie pisane mu spędzać swe dni,

Zostały, więc nad Piławą, chwile samotności,
Lody w Głusku i zapach pstrąga na ręce,
Psiak pod wiatką ogryza pewnie teraz kości,
A mi na pamiątkę pozostało zdjęcie.

Jedną z najważniejszych cech Waldka była serdeczność i uczynność. Kiedy jeździliśmy nad Drawę zawsze z chęcią i przyjemnością woził nas nad wodę i z nad wody nas odbierał. Opowiadał różne historie na temat Drawy i Parku. Zawsze był czas stanąć na Skarpie i popatrzeć na płynącą w dole rzekę. On naprawdę kochał to miejsce.

Dziwnym zbiegiem okoliczności po moim ślubie w 2004 roku jakoś mniej było czasu na wyjazdy. Nad Drawą zawitałem dopiero w zeszłym roku. Te trzy lata zmieniły Mostniki nie do poznania. Ciepła woda z kranu, ciepło w pokojach, które wyglądają jak naprawdę pierwszorzędny pensjonat. Zarówno Waldek jak i reszta jego rodziny włożyli masę pracy aby z tej bądź co bądź ruinki jaką były Mostniki zrobić wspaniałe miejsce do życia.. miejsce które pozwala nie tylko mieszkać ale też utrzymywać się dzięki niemu. Waldek miał marzenie. Chciał wyprowadzić się do Mostnik. Jeszcze w 2006 roku na swoje urodziny pisał na forum w tych kilku zdaniach o sobie:

dwa dni temu sympatyczna rocznica całe piećdziesiąt pięć lat. Z wykształcenia elektryk, czterdzieści jeden lat rzeczywistej pracy za sobą. Od 92 roku prowadzę własną firmę projektową. po drodze rozwód, nie dało rady pogodzić wędkowania, kajaków i wolności z żoną .
Wedkuje od ponad czterdziestu lat. We Wroclawiu glownie w Oławce ktorej widok mialem z okna mojego poddasza oraz Odrze do ktorej mialem okolo km. Przez ponad dwadziescia lat wloczylem sie kajakiem po rzekach, glownie Pomorza Zachodniego.
Drawe, dla mnie najpiekniejsza z rzek w Polsce splynelem cztery razy. Pierwszy w 1976. Hmm wode pilsmy z rzeki….. Drawa tak mnie zauroczyla ze zaczalem sie rozgladac za jakas chalupinka, tak stalem sie szczesliwym posiadaczem ruinki w Mostnikach nad Drawa. Mam do Drawy okolo 100m.
Mostniki polozone sa na odcinku Drawy od biwaku Kamienna do ujscia Plocicznej (rzeki legendy pomorskiej troci ). Tam za pare lat przenosze sie na stale. Do zobaczenia w Mostnikach

Pozdrawiam

Waldemar Kalita

Czy to marzenie się spełniło ? Wierzę, że tak. Wierzę w to, że po trudach życia doczesnego trafiamy właśnie tam, gdzie chcemy. To taka nasza nagroda za wszystko. Czasem udaje się tak jak Waldkowi to miejsce znaleźć już za życia. Przygotować je i dopieścić, tak że odchodzi się już na gotowe. Wierzę w to, że Waldek siedzi teraz pod Wiatką przy słupku twarzą do bramy – tak jak zawsze. Siedzi, patrzy i czeka. Przed chwilą wrócił ze Skarpy, gdzie obserwował idące na tarło łososie. Piękne, dostojne ryby, które pomimo tylu przeciwności losu realizują swój życiowy cel. Słońce powoli zbliża się ku zachodowi. Drzewo na ognisko już przygotowane a tuż obok stoi Gar. Na stole kieliszki i butelka Whisky.. hmm na butelce wyraźnie widać ślady ziemi. Musiał niedawno wykopać ją z pod jakiegoś drzewa. Jego wzrok utkwiony jest w bramę. Za chwilę przyjadą pierwsi goście…

Spotkamy się kiedyś pod Wiatką, pod niebem usłanym gwiazdami

Gdzie ogień na palenisku tak szybko i nagle nie gaśnie,

Drawa niby Księżna potoczy swe wody za naszymi plecami

A syty psiak pod stołem z radością na pysku zaśnie.

On napełni kielichy, dorzuci drzewa i spojrzy na ogień

Opowie co też się działo nad Drawą kiedy Nas nie było,

Ostania łza popłynie nieśmiało z pod przymkniętych powiek,

Wypijemy toast za początek tego co się właśnie skończyło.

Pamięci Waldka Kality

Say Something