Czym jest wędkarstwo

Zawody wędkarskie - 3

Wielu z nas zadaje sobie pytanie “czym jest dla mnie wędkarstwo?”. O ile pytanie we wszystkich głowach brzmi bardzo podobnie, to możliwych odpowiedzi jest prawie tyle co wędkarzy. Każdy z nas trochę inaczej postrzega łowienie ryb. Od metody na zdobycie pożywienia, poprzez sposób na odpoczynek po całym tygodniu ciężkiej pracy, aż do wręcz mistycznych doznań nad wodą. Nie jest jednak aż tak istotne, z jakich pobudek jeździmy nad wodę, ważne jest to, że się nad nią spotykamy.

A wiadomo, gdzie spotka się grupa ludzi prawie natychmiast wywiązuje się między nimi rywalizacja. Tak było od wieków, a w obecnych czasach zjawisko to się nasila. Za sprawą mediów cały czas jesteśmy świadkami zmagań na różnych płaszczyznach. Politycy walczą o władze, sportowcy o laury olimpijskie, a rzesze zwykłych śmiertelników ścierają się w niezliczonych teleturniejach, gdzie stawką są pieniądze lub sława. Sami często nie zdając sobie sprawy bierzemy udział w tym całym rozgardiaszu, starając się o lepsze stanowisko, lepszą płacę, prowadząc samochód ruchliwą ulicą miasta. Słowem całe nasze życie to jedna wielka rywalizacja. Nic więc dziwnego, że w wędkarstwie również ktoś wpadł na pomysł organizowania zawodów. Wydawało by się, że w tak osobistym hobby nie ma zbyt wiele miejsca na rywalizację, a jednak. Gdyby się dobrze zastanowić, każdy nasz wyjazd na ryby to w pewnym sensie rywalizacja. Kto przecież się nie pochwali pięćdziesięciocentymetrowym pstrągiem lub dwukilowym linem. Z przyjemnością słuchamy wszystkich ochów i achów naszych kolegów po kiju. Cieszy nas ryba, ale nierzadko cieszy nas też fakt, że byliśmy lepsi od nich. Gdyby się dobrze zastanowić, nie ma w tym nic złego. Nie potrafimy na co dzień uciec od rywalizacji,
może nie ma sensu uciekać od niej nad wodą.

Kierując się zdrowym rozsądkiem i rozumem nikomu nie zaszkodzimy.
Mówimy tu oczywiście o naszym prywatnym wędkowaniu. Zawody to już inna bajka. Tam rywalizacja postawiona jest na najwyższym podium. To ona jest najważniejsza, a nie ryby. Dlatego właśnie spinningiści nie próbują łowić dużych szczupaków na zawodach, tylko uganiają się za drobnym okoniem. Spławikowcy łowią cierniki, a muszkarze dramatycznie obniżają wymiary ochronne, byle nałowić jak najwięcej zaliczanych do punktacji ryb. Czy to jest dobre? Na to pytanie każdy powinien sobie odpowiedzieć sam. Jedni to lubią, inni wręcz obsesyjnie nie znoszą. Ja mam jednak dla was dzisiaj inne pytanie. Czy zawody zawsze musza wyglądać tak samo? Czy rywalizacja musi zawsze dominować nad innymi aspektami tego specyficznego spotkania nad woda? Ja twierdzę, że nie.
Na początku października spotkaliśmy się nad Bobrem, aby rozegrać ostatnie w tym roku zawody muchowe okręgu wrocławskiego. W ciągu roku
organizujemy kilka takich spotkań nad wodą, dumnie nazywanych zawodami.

W maju próbujemy łowić pstrągi na Bobrze, w czerwcu rozgrywamy Mistrzostwa Okręgu. Przełom lipca i sierpnia to czas na spotkanie na kanale przeciwpowodziowym we Wrocławiu, a październik to oczywiście Jesienny Lipień w Dębowym Gaju nad Bobrem. Spotykamy się najczęściej przy mostach. Ustalamy zasady – zwykle te same i jazda nad wodę. Rywalizacja oczywiście jest – nie da się tego ukryć, ale… Właśnie, jest małe “ale”. Dla nas to przede wszystkim spotkania. Nie ma protestów, nie ma niedomówień. Nikt z nas nie jest tak naprawdę zawodnikiem. Nikt nie ukrywa na co łowi i gdzie. Nie obniżamy wymiarów, a ostatnio nawet podnosimy. Wszystko jest rozgrywane w bardzo przyjaznej atmosferze.
Na co dzień nie spotykamy się zbyt często. Czasem wspólny wyjazd na ryby z którymś z kolegów po fachu. Jakiś telefon po weekendzie jak poszło. Każdy ma swoje ulubione metody i łowiska. Takie zawody to moment, gdzie wszyscy razem możemy się wymienić doświadczeniami z ostatnich miesięcy. Każdy opowiada gdzie ostatnio jeździł, jakie miał wyniki i na co łowił. Już wiadomo jakie much wiązać na następny weekend i gdzie pojechać. Gdzie warto zajrzeć na wodę, bo okazuje się, że nikt tam nie był w tym roku, a w zeszłym było całkiem fajnie. Jednym słowem naprawdę sympatyczne spotkanie. Jeśli zaś chodzi o same zawody… łowienie ryb jak każde inne. Może trochę więcej adrenaliny, kiedy holuje się wymiarową rybę. Odrobinę więcej starań przy zbierającym lipieniu, który dokumentnie olewa nasze muchy. Ale nie ma w tym naprawdę nic, co wypaczało by idee wędkarstwa.
Ryby. Ryby są zabierane. Na co dzień rzadko nam się to zdarza, więc
w skali roku na pewno wszyscy razem robimy mniejsze spustoszenie w rybostanie niż jeden zwykły wędkarz uczciwie łowiący w ramach regulaminu. Ostatnio nawet w celu zmniejszenia ilości zabranych ryb organizujemy zawody w kategorii o najdłuższą rybę.

Wiadomo, że jak ktoś złowi lipienia na 35 cm nie zabierze kolejnego mniejszego, bo nic mu to nie da. Pozostaje problem rywalizacji. Tu mogę pisać tylko o sobie, ponieważ jest to sprawa bardzo osobista. Rywalizacja wyciąga z człowieka najbrudniejsze instynkty. Chęć bycia lepszym może spowodować, że zaczniemy zachowywać się tak, jakbyśmy nigdy wcześniej się tego po sobie nie spodziewali. Co zrobić z takim fantem ? Najpierw trzeba go mieć. By przekonać się jak to jest, po prostu trzeba w zawodach startować. Obserwować się i jeśli coś nam się nie podoba, po prostu nad tym pracować. Zabrzmi to może idiotyczne, ale wiele się nauczyłem o sobie dzięki zawodom.
Mamy więc z jednej strony zawody, takie jakie znamy z prasy, z sieci lub opowiadań. Z aferami, z niezbyt ładnymi zachowaniami zawodników, a czasem wręcz z przegięciami bulwersującymi opinię publiczną. Z drugiej strony, jest cała masa zawodów, które pomagają w nawiązywaniu kontaktów między ludźmi. Są wspaniałymi spotkaniami nad wodą, nierzadko połączonymi z akcjami zarybieniowymi lub sprzątaniem brzegów. Nie pozwólmy, aby słowo “zawody” źle się kojarzyło. Tak być nie musi. Wszyscy, którzy biorą udział w różnych zawodach, wiedzą o co mi chodzi. Dla wszystkich zagorzałych przeciwników, zawsze pozostają normalne wyjazdy na ryby, które chyba jednak wszyscy najbardziej lubimy.

Grześ Łącki

Say Something